wtorek, 25 sierpnia 2015

Rozdział 1- Przemokniesz

Oparłam ze znużeniem łokieć o twardą ławkę przyglądając się temu co działo się  po drugiej stronie ściany budynku. Deszczowe popołudnie nie różniło się niczym od ostatnich dni. Koniec listopada zawsze był nieprzyjemną porą w roku. Kiedy kolorowe liście już dawno opadły z drzew przywodząc na myśl, wielką kałuże błota między ulicą, a chodnikiem, to właśnie nasze myśli chcą nas oderwać od tego świata. Na szybach co chwila odbijały się nowe refleksy świateł aut, a dudniące o szkło krople wody wydawały nieprzyjemny rytm.
Było zimno. Odkryte skrawki skóry pokrywały się ''gęsią skórką''. 45 minut ciągnęło się w nieskończoność, twarde drewniane krzesła wbijały się w kości.
W tym momencie powinnam się zainteresować nowo przybyłym chłopakiem do klasy, ale zapach wanilii wydobywający się z moich włosów przez szampon i ten widok zza brudnej szyby, niezbyt zachęcały do uczestniczenia w tym całym cyrku.
-Więc skoro już wszystko ustalone- z oddali dochodził irytujący głos profesora Denna- Malik zrobi to z Winter.
Na dźwięk swojego nazwiska oderwałam policzek oparty na dłoni i zwróciłam uwagę na stojącego pośrodku klasy nauczyciela. Krótkie, mysie włosy sterczały mu na wszystkie strony, niezbyt pasując do hipisowskiego stroju.  Niski człowiek o sękatym brzuchu z plamą łysiny na czubku głowy ilustrował mnie nagannym wzrokiem.
Chwila... Malik?  Ktoś taki w ogóle istnieje? 
Pozostała część klasy (ta kobieca) zdecydowanie była zainteresowana tym co się właśnie działo. Odnotowałam wściekłe syki, jak i westchnienia zawodu.
Po prawej stronie, w ostatniej ławce zauważyłam parę obojętnych, ciemnych tęczówek. Chyba właśnie znalazłam Malika.
-Tak jak już mówiłem praca ta będzie zajmowała 60% oceny semestralnej, więc radzę się do niej przyłożyć. A teraz możecie iść.
W tej samej chwili całe pomieszczenie wypełnił hałaśliwy dźwięk. Wrzuciłam do torby zeszyt i długopisy, po czym zaczesałam ciemne włosy do tyłu. Trzymając mocno zaciśnięte palce na pasku torebki stanęłam przed ciemnookim chłopakiem.
-Ja... to znaczy...- uniosłam wzrok i głośno wypuściłam powietrze- Amy.
Wysunęłam dłoń w jego stronę, zerknął na nią i wydał z siebie ciche prychnięcie. Górował nade mną. Był przynajmniej o głowę wyższy, czarne włosy porozrzucane były w ''artystycznym nieładzie'', pełne malinowe usta i te kakaowe tęczówki prawie tak ciemne jak same źrenice. 
Zabrałam rękę wbijając w wewnętrzną jej stronę paznokcie, tak mocno by oprzeć się pokusie dotknięcia lekkiego zarostu. Do nozdrzy dobiegł mnie silny zapach papierosów, których paczka niewątpliwie włożona była do kieszeni czarnych spodni.
Przez chwilę żałowałam, że nie usłyszałam jego imienia, kiedy Denn go przedstawiał. Zsunęłam rękaw rozpinanej bluzy po same opuszki czując jak zażenowanie wypełnia krwią zazwyczaj blade policzki. Wbijał we mnie te swoje cholerne ciemne oczy, a ja z każdą chwilą coraz bardziej miałam ochotę stąd uciekać, do biblioteki. Tak do moich czterech ścian.
-Amy, mógłbym cię prosić.
Gdzieś z tyłu dobiegał głos profesora. Skinęłam głową rzucając ostatnie spojrzenie Malikowi. Okręciłam się na pięcie mając nadzieję nigdy go już nie spotkać. Roztaczał wokół siebie dziwną aurę niedostępnego i wolałam, aby tak pozostało.
Stanęłam przed biurkiem czekając, aż mężczyzna skończy wypisywać temat do odpowiedniej rubryki.
-Amy, ostatnio jesteś nieobecna na lekcjach, byłbym wdzięczny gdybyś zaczęła uważać inaczej zawiadomię rodziców- postawił mocno kropkę ma końcu zdania.
Słabe światło oświetlało jego ciężkie zmarszczki w czole. Zamrugałam dwa razy, kiwając głową i bez słowa wyszłam szybkim krokiem z klasy w kierunku stołówki. Rodziców tylko by tu brakowało. 
Przemierzając szybko pusty korytarz mijałam swoje odbicia w lustrzanych gablotach zatrzymując się dopiero przed samym wejściem do jadalni. 
''Przytyło ci się w udach''- słowa mamy tłukły się cały czas w głowie za każdym razem gdy stawałam przed wyborem: Iść zjeść czy odpuścić. Koniec końców wyjęłam połówkę zielonego jabłka i gryząc kawałek zmieniłam swój cel na klasę, w której miałam mieć biologię.
Sala była jeszcze pusta. Nie wiedząc czemu zawsze pachniało tutaj jaśminem. Usiadłam w ostatniej ławce i otwierając książkę przejrzałam ostatnie lekcje. Po kilkunastu minutach słyszałam coraz więcej rozmów, szeptów i szurań krzesłami.
-Nawet nie wiem co sobie myślisz- podniosłam głowę. Przede mną siedziała odwrócona Sophie z jej burzą rudych włosów- nawet na ciebie nie spojrzy i...
-Nie wiem o czym mówisz- odparłam wracając do lektury.
-Nie bądź śmieszna, wiem że Zayn oddałby wszystko by nie robić z tobą tej pracy- zaczęła przyglądać się swoim paznokciom- nie dziwię się... sama nie dotknęłabym cię kijem.
Nagle wstała przecinając na wskroś salę i usiadła na stoliku przed Malikiem. Przewróciłam oczami i zamknęłam książkę.
Głupia jędza.
Kiedy stanęłam na szczycie frontowych schodów szkolnych poczułam ciarki na myśl, że pięć minut temu odjechał mój autobus.
Nigdy nie miałam nic przeciwko wracaniu na pieszo, zawsze starałam się być dość długo poza domem. Przynajmniej do której mogłam. Jednak świadomość spaceru w tak ulewne popołudnie? Potrząsnęłam głową i poprawiając pasek torby ruszyłam przed siebie.
Już po kilku minutach czułam jak moje ubranie staje się ciężkie, a włosy przyklejają się do czoła. Czekając właśnie na zmianę świateł usłyszałam dźwięk nadjeżdżającego samochodu. Szyba automatycznie poszła w dół, a ja napotkałam ciemne tęczówki. Uniosłam do góry brwi mrugając by odgonić od siebie krople wpadające do oczu.
-Wsiadasz czy nie?
Miał przyjemną dla ucha chrypkę spowodowaną zapewne fajkami i tak cholernie intensywne spojrzenie. Przygryzłam policzek od wewnątrz. Co to ma niby być? Sygnał dla niewidomych dawał pozwolenie na przejście przez jezdnię. Stałam otępiała upewniając się, że na pewno mówi do mnie. Usilny podmuch wiatru zerwał moje włosy do lotu, ale ja nadal tkwiłam tam mierząc się je jego oczami.
-Ja...-przypomniałam sobie naszą pierwszą ''rozmowę'', jak i to co powiedziała Sophie- Nie, dziękuję.
Mruknął coś cicho pod nosem po czym przysunął się bliżej okna pasażera.
-Przemokniesz-jego spojrzenie padło niewinnie na moje piersi do których obecnie przykleiła się jasna koszulka zza rozpiętej bluzy.
-Spostrzegawczy jesteś- przewróciłam oczami zapinając zamek- Mam lepsze rzeczy do roboty.
Kąśliwe uwagi nie były moją mocną stroną. Zazwyczaj starałam się być cicha, niezauważalna przez innych-niewidzialna. Jednak będąc w jego towarzystwie miałam ochotę krzyczeć.  Może to z powodu pierwszego wrażenia jakie na mnie zrobił? Nie wiem. Na pewno nie był uprzejmy więc nie widziałam potrzeby bycia uprzejmą dla niego. Choć nie jestem pewna co takiego mnie w nim zraziło. Przecież nie on pierwszy pokazał się z takiej strony względem mnie.
Potrząsnęłam głową zdając sobie sprawę, że wpatruję się w buty bez słowa od dobrych kilku minut.
-Zayn, jak miło, że zaczekałeś- Sophie najwyraźniej nie fatygowała się z wejściem do ciepłego samochodu chowając szybko parasolkę. Zapewne przypadkowo wbijając swoje ramię w moją osobę- Skąd wiedziałeś, że mam auto w naprawie?- cisza z strony chłopaka chyba jej nie zraziła.- A ty tu czego Winter? Zjeżdżaj.
No tak cała Shop, taktowna i miła jak zawsze. Nie patrząc na Zayna ominęłam czarną maskę i ruszyłam dalej przed siebie.
Pomimo wszystkiego droga do domu minęła niebezpiecznie szybko. Deszcz zahamował skrzypnięcie furtki.
Wdech. Wydech. Wdech.
Przekręciłam zamek w drzwiach białego domu i zrzucając buty na ziemię odwiesiłam w łazience bluzę by wyschła.
-Amy, jesteś- w progu drzwi kuchennych stanęła moja rodzicielka.
Jej długie jasne włosy opadały falami na ramiona. Żółty fartuch opinał jej wąską talię, a palce przyozdobione drogimi pierścionkami zaciskały się na drewnianej rączce dużej łyżki. Jej oczy powędrowały z dołu do góry, a brwi utworzyły szpiczaste łuki.
-Idź się przebrać, widać ci fałdkę na brzuchu- uśmiechnęła się beztrosko jakby ta uwaga byłaby niczym- kolacja będzie za godzinę, choć nie wiem czy powinnaś jeszcze jeść o tej porze.
Skinęłam głową, po czym chwytając w biegu torbę pomknęłam po schodach do swojego pokoju. Zamknęłam drzwi opierając o nie plecy.
-No to witamy w piekle- mruknęłam pod nosem zmierzając w kierunku szafy.
Wysuszona i przebrana odłożyłam zeszyt z matematyki pozostawiając dokończenie tego równania na jutro. Chwyciłam telefon rzucając się na kremową pościel przywołując tym samym świeży zapach płynu do płukania. Po zreblogowaniu kolejnego zdjęcia mam zapowiedziała kolację za pięć minut. Spięłam jeszcze wilgotne włosy w koka i włożyłam komórkę do dużej kieszeni czarnej bluzy.
Chciałabym wiedzieć jak brzmi temat tej semestralnej pracy. Z miłą chęcią zrobię ją sama, a Malik może się tylko pod nią podpisać. Nadal nie jestem do niego przekonana. Po głowie tułało mi się pytanie: O co chodziło z tym samochodem>? I czy byłabym zdolna do niego wejść, gdyby nie Parker.
Nie, zdecydowanie nie.
Otrząsnęłam się z zamyśleń. Po co ja się w ogóle tym przejmuję? Zauważyłam dodatkowe nakrycie na stole. Mama przyniosła ostatni półmisek parujących brokułów.
-Kolacja! Joe, panie Miller zapraszam- promienisty uśmiech wstąpił na jej twarz kiedy z salonu wyszedł wysoki mężczyzna z zaokrąglonym brzuchem.
-A to jest Amy, moja córka o której ci opowiadałem- ojciec wskazał ręką w moją stronę rzucając mu jakieś dziwne spojrzenie.
Podchodząc bliżej poczułam dochodzący od niego znajomy zapach alkoholu. Po oczach można było odczytać, że jest lekko wstawiony.
Podałam dłoń obcemu mężczyźnie na co oplótł ją pulchnymi palcami. Odwróciłam się i ukradkiem wytarłam zostawiony przez niego pot w krótkie spodenki. Fuj! aż ciarki nieprzyjemnie przechodzą po plecach. Usiadłam na swoim miejscu ignorując duszący oddech podążający za mną. Wzdrygnęłam się kiedy spoczął koło mnie naprzeciw rodziców.
Kim on jest? Nie spodobał mi się sposób w jaki oddaje swoje spojrzenia ojcu. Mama zachęcała go by nałożył sobie wszystkiego co chce i się nie krępował.
-A więc co tam w szkole droga damo?- chwilę zajęło zanim zorientowałam się w znaczeniu tych słów.
Z lewej strony usłyszałam rzucony przez mamę syk, abym się nie garbiła. Więc wyprostowana spojrzałam na pusty talerz przed sobą.
-Dobrze, nie narzekam- zwróciłam się chwytając widelec.
-Miło to słyszeć- pod obrusem wyczułam dużą łapę biegnącą wzdłuż mojego nagiego uda ku górze- Joe mam nadzieję, że nasza umowa nie uległa zmianie.
Obślizgła ręka pozostawiała ślad potu na nodze zmierzając coraz wyżej. Upuściłam głośno widelec w chwili, kiedy tata odpowiedział stanowczym ''Nie''.
-Przepraszam, ale chyba zrezygnuję. Nie jestem głodna- wstałam gwałtownie zrzucając z siebie palce.- Chyba pójdę pobiegać.

Oczy zebranych skupiły się na mnie. Po ojcu wiedziałam, że pożałuję tego prędzej czy później, ale matka klasnęła w dłonie rozradowana.

3 komentarze:

  1. Genialny rozdział! Biedna Amy. :'( Chcę już następny! <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Jejciu. Biedactwo z Amy. :(
    Mam nadzieję, że ojciec jej nic nie zrobi. A co do Zayna? Hmm... Może jej pomoże, może się zorientuje, że Amy jest krzywdzona.
    Czekam na nn i wełny. ( Taaa słownik, życzy wełny.)
    Weny :)

    Criminal-fanfiction-nh.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  3. Piękny rozdział i biedna Amy mam nadzieję że wszystko się dobrze ułoży :)
    Czekam na następne :*
    Weny mała :*

    OdpowiedzUsuń